Polska na Kiribati na Pacyfiku
Na świecie są dwie Polski. Jedna dobrze nam znana, położona w Europie Środkowej. Druga, to mała wioska na Kiritimati, czyli Wyspie Bożego Narodzeniu, położonej na środku Pacyfiku, 17,5 tys. km od Warszawy, wśród archipelagu Republiki Kiribati. O istnieniu tej drugiej wiedzą nieliczni. Nam udało się tam dotrzeć w trakcie naszej morskiej wyprawy dookoła świata.
Skąd Poland na trasie rejsu SV Crystal?
Już w trakcie poprzedniego rejsu dookoła świata, Michał zbierał informacje od spotykanych po drodze żeglarzy o mniej znanych i oczywistych miejscach na Ziemi. W taki to sposób, w 2014 r. od Pana Leszka Koska dowiedział się o niejakiej Wyspie Bożego Narodzenia, na której znajdują się wioski o światowych nazwach: London, Paris, Banana oraz Poland.

Oczywiste więc było, że Poland stanie się jednym z celów kolejnej wyprawy jachtem Crystal.
Skąd nazwa Poland na Kiribati?
Nazwa wioski Poland wiąże się najprawdopodobniej z historią Stanisława Pełczyńskiego. Na początku XX w. przybył on na Kiritimati na amerykańskim statku, który przypłynął tu po koprę (wysuszony miąższ z kokosów, służący m.in. do wyrobu oleju kokosowego, dodatków do ciast). Produkcja kopry była i jest głównym zajęciem oraz źródłem dochodu mieszkańców. Początkowo jednak mieli oni problemy z nawadnianiem plantacji palm kokosowych, szczególnie w porze suchej.
Wieść głosi, że Pan Pełczyński pomógł wyspiarzom usprawnić system irygacyjny. W podzięce postanowili oni nazwać jego nazwiskiem osadę (inna wersja tej historii mówi o nazwaniu tak plantacji palm kokosowych, na której używano odsolonej wody). Nazwisko było zbyt trudne do wymowy, stanęło więc na kraju, z którego pochodził. Tak oto Poland pojawiła się mapie Wyspy Bożego Narodzenia na środku Pacyfiku.
Dodatkowo zatoka, nad którą położona jest wioska, nazywa się Zatoką Św. Stanisława (ang. Saint Stanislas Bay). A w 1995 r. w wiosce wybudowano kościół pod wezwaniem Św. Stanisława.

„I care for Poland”
Przed przypłynięciem na Kiritimati, poczytaliśmy w różnych źródłach internetowych o wyspie i Poland. W ten sposób dowiedzieliśmy się o projekcie humanitarno-naukowym Fundacji „Poland helps Poland” dr Dariusza Zdziecha. Po przeczytaniu m.in. raportu z jego ostatniej wizyty w wiosce w 2015 r. wiedzieliśmy już, że życie w Poland na Pacyfiku jest bardzo ciężkie. Mimo to postanowiliśmy, że odwiedzimy naszych bożonarodzeniowych „rodaków”.
Kiedy pojawiliśmy się w London i poznaliśmy Timei, który stał się naszym opiekunem na wyspie, od razu wspomniał wizytę dr Zdziecha, jak również pokazał nam na YouTube wideo „I care for Poland”. W 2013 r. w ramach inauguracji Konferencji Klimatycznej COP19 w Warszawie, polskie Ministerstwo Środowiska zleciło przygotowanie dziewięciominutowego filmiku o Poland i jego sytuacji. Przez globalne ocieplenie i ze względu na swoje położenie, max. 1 m n.p.m., wioska jest poważnie zagrożona zalaniem przez Ocean w ciągu najbliższych 50-100 lat.

Gdzie leży Poland?
Poland leży w południowo-zachodniej części wyspy Kiritimati. Jej współrzędne to 1°51′52″ N, 157°33′7″ W.
.
Kiritimati znajduje się zaś na uboczu Republiki Kiribati, ponad trzy tysiące kilometrów od stolicy – Tarawy. Osada Poland znajduje się jeszcze dalej od centrum wszelkiego zainteresowania, bo 70 km od London, administracyjnej stolicy Wyspy Bożego Narodzenia. Żeby dojechać do Poland potrzeba około dwóch godzin, dobrego samochodu, najlepiej z napędem na cztery koła, ponieważ jedzie się po części drogą polną oraz bezdeszczowej pogody. Po drodze do wioski mija się dziesiątki mniejszych i większych jeziorek, które po opadach zalewają drogę, odcinając Poland od reszty świata.
Wyruszamy do Poland
Samochód wraz z kierowcą załatwił nam Timei. Pogoda była bardzo dobra – pora sucha, skwar na całego, równikowe słońce w pełni. Tak, więc we wtorek (3 grudnia 2019) o ósmej rano, całą załogą wpakowaliśmy się na pakę naszego samochodu i ruszyliśmy w stronę Poland. Już kiedy skończył się asfalt i zaczęły się wyboje, wiedzieliśmy że wrócimy z tej wycieczki zmęczeni. Na nasze szczęście paka samochodu została zgrabnie dostosowana do przewozu ludzi, dzięki czemu siedzieliśmy na ławeczkach pod drewnianym daszkiem.

Po drodze mijaliśmy wioskę Banana, która patrząc na mapę wyspy wydaje się być największa, zjazd na międzynarodowe lotnisko Cassidy International Airport, cmentarz, ww. rozlewiska. Początkowo droga była asfaltowa, potem szutrowa, a na końcu już po prostu wyboista, polna. Na zmianę mijaliśmy palmy kokosowe, krzaczki albo po prostu niską trawę, zza której widać było potężny ocean. Fale rozbijały się o brzeg z taką siłą, jakby chciały połknąć ląd.
Naszą uwagę zwróciły kolory. Były wprost obłędne – soczysta zieleń liści palm kokosowych miejscami mieszała się z wysuszonym, srebrzystym brązem, niższych warstw. Błękit bezchmurnego nieba dodawał głębi i intensywności kolorom. Każdym z nas zrobił chyba ze sto zdjęć z samochodu tym palmom, krzaczkom i niebu… Trzeba przyznać, że Kiritimati jest naprawdę piękna.



Woda pitna w Poland
W miarę zbliżania się do wioski, zaczęliśmy mijać ludzi na motorach z długimi tyczkami zakończonymi metalowym pazurem/hakiem. Już na wyspach Polinezji Francuskiej, nauczyliśmy się że służą one do zrywania kokosów. Mieszkańcy Poland żyją przede wszystkim z produkcji kopry, więc codziennie wyruszają po kokosy poza wioskę.
Pierwszą zabudową, jaką zobaczyliśmy po około dwóch godzinach podskakiwania na pace samochodu, był wiatrak i panele słoneczne. Podobne konstrukcje mijaliśmy w okolicach London i Banana. W ten sposób zasilane są pompy wydobywające wodę gruntową, która obok deszczówki, dostarcza wodę pitną mieszkańcom Kiritimati. Jak to określił Timei, taka woda jest prawie tak dobra jak deszczówka.

Konstrukcja wyglądała na działającą, co nas ucieszyło. Czytaliśmy, że w porze suchej zdarza się, że mieszkańcy Poland mają tylko litr wody pitnej na dzień. Wydaj się więc, że ta sytuacja się poprawiła.
Sąd w Poland
Pierwszym budynkiem, jaki minęliśmy w Poland był sąd. Jakiekolwiek macie wyobrażenie o sądzie to na pewno jest one bardzo dalekie od tego, jak to wygląda na Wyspie Bożego Narodzenia. Potem taką samą chatkę widzieliśmy także przy Banana.
Sąd to po prostu zadaszony dachem z liści pandamusa, zbudowanym na drewnianych palach i balustradach kawałek przestrzeni. Podłoga jest wyłożona matą, a w środku znajdują się: obrazek z flagą Kiribati, cztery stoły. Wyobrażamy sobie, że są one dla sędziego, dwóch stron konfliktu oraz kogoś, kto notuje.


Dodatkowo, kiedy przyszliśmy do sądu, to na podłodze leżała mata i przykrycie. Kiedy mijaliśmy go za pierwszym razem, to odpoczywało sobie tam kilka osób. Na równikowej wysepce każdy zadaszony i zacieniony kawałek ziemi jest dobry, żeby schronić się przed żarem słońca.
Czytaliśmy, że w wiosce od kilku lat jest też więzienie dla jednej osoby. Wydaje nam się, że dotarliśmy do tego budynku, ale głowy nie damy sobie uciąć, bo nie rozumiemy języka Kiribati.
Poland Primary School
W końcu dojechaliśmy. Nasz samochód zatrzymał się przed szkołą podstawową w Poland. Kilkadziesiąt metrów przed budynkiem znajduje się tablica informująca, że przy wsparciu funduszy pomocowych Australii i Nowej Zelandii szkoła jest remontowana. Odnowione mają być cztery klasy, zbudowane piaszczyste boisko do siatkówki i ulepszony system wodociągów.

Szkoła to betonowy budynek z sześcioma pomieszczeniami. My widzieliśmy cztery klasy i pokój nauczycielski. Na drzwiach każdego pomieszczenia jest napisane, że szkoła została zbudowana dzięki pomocy z Japonii. Faktycznie wybudowano ją w 2006 r. z darów mieszkańców tego kraju. Obok szkoły znajdują się toalety.
Kiedy wysiedliśmy z samochodu, natychmiast wzbudziliśmy zainteresowanie dzieciaków. Stały przed budynkiem i z ogromnym zaciekawieniem nas obserwowały. Po chwili, zza rogu pojawiła się pani w czerwonej, kwiatowej sukience, która przez naszych opiekunów została nam przedstawiona jako dyrektor szkoły.
Pani mówiła całkiem dobrze po angielsku i to z nią gawędziliśmy większość czasu. Kiedy dowiedziała się, że jesteśmy z Polski to ciągle powtarzała, że wszyscy tu lubią Polskę i są wdzięczni za dotychczasową pomoc.
Dzieciaki biegały wokoło nas. Pani Dyrektor zaproponowała, abyśmy poszli do mwaneaba, czyli przewiewnej, zadaszonej hali, stanowiącej wspólną przestrzeń.
Klasy niby takie same, a jednak inne
My jednak byliśmy ogromnie ciekawi tego, jak wygląda szkoła. Rozproszyliśmy się więc po klasach. Z jednej strony, niewiele różniły się one od klas szkoły podstawowej, w jakich my sami się uczyliśmy: były tablice pobazgrane przez dzieciaki, mnóstwo kolorowych rysunków, ilustrujących różne, podstawowe słówka angielskiego, ozdoby wykonane przez uczniów.

Z drugiej jednak strony, szkoła zdecydowanie potrzebuje remontu: farba schodziła ze ścian, niektóre drzwi wejściowe były mocno zniszczone, w niektórych klasach w ogóle nie było ławek, a w innych były one rozłożone w totalnym chaosie. Niektóre ławki stały do góry nogami, stąd zobaczyliśmy na ich spodzie napis: „dar z Australii”. Ogólnie panował duży bałagan – na podłodze walały się różne książki i zeszyty. Zdecydowanie się nas nie spodziewano. Zresztą sama Pani Dyrektor przyznała, że jest bałagan i stąd zaprasza nas do mwaneaba. Wytłumaczyła też, że to właśnie tam przebywają teraz dzieci i nauczyciele.

Polska Wasza i Polska nasza
Zaintrygowane naszą obecnością dzieciaki chodziły za nami krok w krok. Nie miały jednak śmiałości wejść za nami do klasy, w której rozmawialiśmy z nauczycielką. Dopiero na jej skinienie powoli, trochę się przepychając, weszły do pomieszczenia.

Niektóre z nich mówiły trochę po angielsku. Wyglądały jednak na zbyt onieśmielone, żeby cokolwiek powiedzieć. Postanowiliśmy więc trochę do nich zagadać i wytłumaczyć kim właściwie jesteśmy.
Wyciągnęliśmy pocztówki z Warszawy, jakie ze sobą wozimy, żeby pokazać jak wygląda nasza Polska. Przyznam się szczerze, że w momencie ich podawania dzieciom i Pani Dyrektor poczułam się totalnie skołowana, bo ich rzeczywistość a ta z tych pocztówek, to jak dwa zupełnie inne świat. Ba, nawet wszechświaty.
Kartki nie do końca przemówiły do dzieciarni. Trzeba było jakoś inaczej je zainteresować. Dookoła nas na ścianach powieszone były tablice, więc niewiele się zastanawiając, poprosiłam o kredę i zaczęłam rysować, gdzie jest Poland na Kiritimati, a gdzie jest nasza Polska. Potem wyjaśniłam, wciąż rysując, że tak naprawdę to my mieszkamy na jachcie i tym jachtem tu przypłynęliśmy. Znaleźliśmy zdjęcia naszej Crystal i pokazaliśmy dzieciakom, które zdawały się w końcu rozumieć co my za jedni. Pani Dyrektor była zafascynowana faktem, że oceanem przypłynęliśmy do nich na takiej małej skorupce.

