Dopłynęliśmy na Markizy!

Po przepłynięciu strefy ITCZ, płynęliśmy całkiem szybko do celu notując dobowe przebiegi w okolicy 150 mil. Równik minęliśmy w piątek. Od niedzieli prognoza mówiła o mocniejszych wiatrach, które w porywach miały osiągnąć 30 węzłów. Tak też się stało.

Jak dzik w żołędzie

Już w sobotę wieczorem (7.05) mocno zarefowaliśmy grota i czekaliśmy na poranny podmuch, który pojawił się przed śniadaniem. W ciągu kolejnych godzin systematycznie zmniejszaliśmy powierzchnię genui (nasz przedni żagiel), a Krysia pędziła naprzód 7-8 węzłów. Dość szybko rozbudowała się ponad dwumetrowa fala, która atakowała nas prawie dokładnie z boku. Co jakiś czas dostawaliśmy pędzącym grzywaczem w lewą burtę, co powodowało dość mocne przechyły oraz obfite, słone prysznice w kokpicie. Oczywiście wszystkie luki musiały być szczelnie zamknięte, co spowodowało że pod pokładem utrzymywało się tropikalne 30-32°C. Śmiało można powiedzieć, że atmosfera na Krysi była GORĄCA.


Nie były to najbardziej luksusowe warunki, ale przynajmniej pędziliśmy do celu jak przysłowiowy dzik w przysłowiowe żołędzie. W niedzielę, poniedziałek i wtorek zrobiliśmy kolejno 171 i 182 i 171 mil! Daje to średnią z tych dni aż 7,25 węzła. Taki wspaniały wynik to też zasługa prądu, który w te dni pchał nas z siłą 0,5-1 węzła.

Ląd na horyzoncie

W środę 12go maja po pięknym wschodzie słońca zobaczyliśmy wreszcie pierwszy ląd. Była to wchodząca w skład Markizów wyspa Ua Huka. Widoczność tego dnia nie była najlepsza, bo oddaloną o 15 mil wyspę ledwie było widać. Po kolejnych trzech godzinach przed dziobem zaczęła majaczyć Nuku Hiva. To druga największa wyspa Polinezji Francuskiej i nasz cel. Kiedy zbliżaliśmy się do brzegu wiatr powoli siadał, a my zwalnialiśmy.


W zatoce Taiohae

Ostatecznie do zatoki Taiohae weszliśmy około godziny 15 czasu jachtowego, a kwadrans później kołysaliśmy się już na kotwicy. Tu ciekawostka. Polinezyjczycy mają w swoim alfabecie mniej liter i ich nazwy są naćkane samogłoskami, które powodują że przy wymowie trzeba się nieźle gimnastykować.

Podsumowanie oceanicznego rejsu na Polinezję

  • Przeskok z La Paz zajął nam trzy tygodnie i 5 godzin oceanicznej żeglugi.
  • W tym czasie przepłynęliśmy 2983 mile (w linii prostej było 2780 Mm).
  • Daje to średnią 5,86 węzła, co zważywszy na to, że Pacyfik jest najwolniejszym z oceanów (najmniej stabilny pasat) jest super wynikiem.
  • Na silniku płynęliśmy w sumie 20 godzin, z czego połowę jeszcze na Morzu Corteza.

Mamy już trochę tych oceanicznych przelotów na karku i możemy powiedzieć, że nie był to łatwy przeskok. Całą drogę na półkuli północnej (ponad 2150Mm) morze było wyjątkowo skłócone i płynęło się jak po kartoflisku. Cały czas dochodziły do nas fale z 2-3 różnych kierunków, co powodowało że (prawie) cały czas płynęliśmy „w podskokach”, a żagle czasami łomotały jak oszalałe. Dopiero po przekroczeniu równika ocean stał się bardziej regularny. Ale potem przyszedł mocny wiatr i ostatnie dni też podskakiwaliśmy. Tak więc teraz po trzech tygodniach podrygiwania stoimy na płaskiej wodzie i się tym delektujemy. Czekamy spokojnie na odprawę.

[wiadomość z pokładu SV Crystal wysłana via komunikator satelitarny Iridium GO!]