Kotwica zawiązana “na kokardkę”

W sobotę wstaliśmy z Olą bardzo wcześnie. O godz. 5.30 rano pojechaliśmy na brzeg po świeże bułeczki. Na godz. 7.30 byliśmy umówieni u żandarmów, żeby dokończyć formalności związane z wpłynięciem na Polinezję, a potem mieliśmy jechać na wycieczkę samochodową po wyspie. Chcieliśmy do żandarmów jechać już spakowani na wycieczkę, żeby od razu po formalnościach pakować się do samochodu. Już jak wyjeżdżaliśmy pontonem na brzeg Ola zwróciła uwagę, że stoimy dziwnie blisko jednej z bojek.
Kiedy wróciliśmy, odpaliłem nasz ploter (elektroniczną mapę), żeby sprawdzić gdzie dokładnie stoimy względem miejsca, gdzie rzuciliśmy kotwicę. Okazało się, że jesteśmy od niego oddaleni aż o 100 metrów. Ponieważ mieliśmy wypuszczone tylko 40 metrów łańcucha oznaczało to, że kotwica ciągnie się po dnie. Opaliłem silnik i wrzuciłem wsteczny, żeby ostatecznie potwierdzić (nie)trzymanie. Na wstecznym powoli się cofaliśmy. Kotwica na pewno nie trzymała. Trzeba było działać!

Winda kotwiczna ledwo zipie

Trzeba było ją podnieść i rzucić jeszcze raz. Podczas wyciągania czuć było, że coś jest nie tak. Nasza winda kotwiczna męczyła się bardziej niż zwykle. Po chwili wszystko było jasne.
Kiedy jeszcze mieliśmy ponad 20 metrów łańcucha do wyjęcia, naszym oczom ukazała się kotwica zawinięta w łańcuch tak dokładnie, że spokojnie mogłaby być prezentem, a łańcuch kokardką. Na naszej wyciągarce wisiało więc 55 kg kotwicy i jakieś 55 kg łańcucha. To dlatego pracowała tak niemrawo.
Dopóki wszystko wisiało na łańcuchu nie mogliśmy nic zrobić. Trzeba było podwiesić kotwicę na fale, żeby móc odplątać kokardę. Do zatoki Taiohae zawsze wchodzi trochę fali z oceanu. Żeby nie było nam za łatwo to, dziób podskakiwał w górę i w dół dobre 50 centymetrów na tej fali. Trzeba było działać rozważnie żeby rozhuśtane żelastwo nie narobiło szkód.

Praca zespołowa

Wsiadłem do pontonu i podpłynąłem do dyndającej kotwicy, a Ola z Jurkiem operowali fałem i wyciągarką. Kiedy już cały ciężar kotwicy i łańcucha wisiały na fale, udało mi się odplątać łańcuch, który poleciał do wody. Ola wybrała cały luz na łańcuchu, a następnie Jurek zaczął luzować fał, tak aby kotwica znowu zawisła na łańcuchu. Na tej półmetrowej fali nie było łatwo to wszystko asekurować i w ostatniej fazie wszystko mi wypadło i walnęło w dziób. Na szczęście nie na tyle mocno, żeby coś rozwalić.
Ostatecznie wciągnęliśmy całe żelastwo na rolkę dziobową, a następnie rzuciliśmy ją jeszcze raz. Była godz. 6.45 i musieliśmy lecieć do żandarmów. Śniadanie i pakowanie na wycieczkę musiały poczekać.

Co dokładnie się stało?

Jak zwykle w takich sytuacjach powstaje pytanie jak do tego doszło i czy można było temu zapobiec? Wiatry w zatoce Taiohae wieją z zupełnie przypadkowych kierunków. Wiatr w ciągu paru sekund potrafi się tu zmienić o 180 stopni. No i tak się złożyły te wiatrowe zmiany, że kręciliśmy się wokół kotwicy cały czas w tę samą stronę. Przy każdym takim obrocie łańcuch się nawijał i powoli zawiązywał do finalnej kokardki. Kiedy już się oplątał wystarczającą ilość razy to kotwica stała się po prostu kawałkiem ciężkiego żelastwa, ale bez możliwości zarycia się w dno. To za mało żeby utrzymać jacht.

Czy można było temu zapobiec?

Tak, jeśli rzucilibyśmy kotwicę rufową. Wtedy jacht stałby nieruchomo w jednym miejscu i taka sytuacja nie byłaby możliwa. Jednak biorąc pod uwagę, że wszystkie jachty dookoła stały na jednej kotwicy i że nasza kotwica rufowa waży aż 33 kg, to nie kombinowaliśmy tylko stanęliśmy znowu tak samo w nadziei, że przez najbliższe dwa dni sytuacja się nie powtórzy. Szybko przestawiliśmy się na nowe miejsce i pojechaliśmy na spotkanie z żandarmami, żeby się odprawiać.
Michał [wiadomość z pokładu SV Crystal wysłana via komunikator satelitarny Iridium GO!]