Z wizytą na Kiritimati – London

“Ląąąąąąd”, czyli w niedzielę po południu, po dziewięciu dobach żeglugi, w końcu ją zobaczyliśmy – Kiritimati. W sumie przebyliśmy 1250 Mm w dziewięć dni i sześć godzin, płynąc tylko na żaglach. Można powiedzieć, że pogodę mieliśmy idealną. Doskwierało nam tylko ponad 30°C pod pokładem, ale w tych szerokościach tak po prostu jest i należy się z tym pogodzić. Kiedy wiało słabiej i luki mieliśmy otwarte, w środku było całkiem znośnie.

Kiritimati = Wyspa Bożego Narodzenia. Podstawowe informacje

Poprawna wymowa nazwy wyspy to “Krismas”, co w języku lokalnym oznacza: Wyspa Bożego Narodzenia.

Nazwał ją tak kpt. James Cook, kiedy w 1777 r. odkrył ją… w Boże Narodzenie. To największy atol świata (pod względem powierzchni lądu), zajmujący 642 km². Ciut ponad połowa to ląd, który stanowi aż 70% powierzchni lądowej całej Republiki Kiribati (czyt. Kiribas), do której należy wyspa.

I faktycznie, kiedy płynęliśmy wzdłuż jej brzegów ledwo widzieliśmy oba końce. Na wyspie znajdują się trzy zamieszkałe osady: London, Banana i Poland. Paris jest już opuszczony.

W sumie Kiritimati zamieszkuje niecałe 6 tyś osób. Stolicą wyspy ze wszystkimi urzędami jest London. I to właśnie na wysokości London rzuciliśmy kotwicę i spędziliśmy pierwszą noc. Na Kiritimati kotwiczy się na zewnątrz laguny na otwartym morzu. W środku jest za płytko, a na wejściu załamują się fale. Wyspa daje tu dobrą osłonę i nockę spędziliśmy bez nadmiernego kiwania.

Krysia na kotwicy przy Kiritimati

Wpływając na wody Kiribati przekraczamy Międzynarodową Linię Zmiany Daty i na moment tracimy jeden dzień. Ciekawostką jest, że Kiritimati leży w strefie czasowej UTC +14h, czyli są najdalej na wschód wysuniętą strefą czasową na półkuli wschodniej.

W praktyce oznacza to, że jako pierwsi na świcie witają Nowy Rok. Kiedy rzucaliśmy kotwicę w sobotę 30go listopada czasu jachtowego (Hawaje i Polinezja Francuska), to na miejscu była już niedziela 1go grudnia. Godzina bez zmian. Dobrze się stało, bo dzięki temu następnego dnia był poniedziałek i bez przeszkód mogliśmy załatwiać formalności wjazdowe (wpływowe 😉 ). Stracony dzień odzyskaliśmy wypływając. Bilans więc pozostał na zero.

Załatwiamy niezbędne formalności

Następnego dnia o godz. 8.30 rano, zawołałem na radiu “Marine Radio Christmas Island” i już za pierwszym razem dostałem odpowiedź. Pan z Kapitanatu wypytał o wszystkie szczegóły (łącznie z informację o liczbie kobiet i mężczyzn na jachcie), po czym kazał czekać na urzędników.

Ciekawostką jest, że po tym jak podałem Londyn jako port macierzysty jachtu, to Pan Radio upewniał się, że jest to Londyn w Wielkiej Brytanii. Oficjele mieli pojawić się na nabrzeżu dla dużych statków.

Naszym pontonem mieliśmy ich przetransportować na naszą SV Crystal i dokończyć formalności. Trochę to wszystko trwało i ostatecznie dopiero koło godz. 13 mogliśmy wreszcie zejść na ląd. Dzień wcześniej Ola upiekła ciasto, które cieszyło się ogromnym powodzeniem wśród urzędników.

Timei – nasz opiekun na Kiritimati

Po zejściu na ląd, od razu udaliśmy się do pensjonatu Lagoon View, prowadzonego przez przesympatycznego Timei z żoną. Byliśmy z nim w kontakcie mailowym od kilku dni. Kontakt z nimi polecali inni żeglarze, którzy odwiedzili Wyspę Bożego Narodzenia. Facet niesamowicie pozytywny i pomocny. Obiecał, że zajmie się nami podczas naszego pobytu.

Timei swój resorcik prowadzi już od dziesięciu lat. Zbudował w nim wszystko sam od zera przy pomocy rodziny i znajomych. Obecnie ma sześć dwuosobowych pokoi, w budowie kolejne dwa oraz przestronną salę jadalną, w której serwują przepyszne jedzenie. Natomiast widok na lagunę z jego pensjonatu jest po prostu powalający.

Na wjeździe do pensjonatu stoi wrak jachtu Beneteau 50

Znaleźć pensjonat nie było trudno. Jest on przy głównej drodze, a przy jego wejściu stoi wkopany w ziemię wrak kanadyjskiego jachtu Beneteau 50.

Cztery lata temu Kanadyjczycy zakotwiczyli jacht i pojechali na brzeg zwiedzać wyspę. Na swoje nieszczęście, stali na zbyt płytkiej wodzie i podczas ich nieobecności, bez żadnej zapowiedzi, pojawiły się ogromne, załamujące się fale. Jacht został dosłownie wypluty na przybrzeżną rafę.

Kilka dni później Timei wypożyczył dźwig i wyciągną wrak na brzeg. Jacht jest zbyt uszkodzony, żeby znowu nim pływać. Ale zaradny gospodarz planuje przerobić go na pokój noclegowy 😉

Na prawej burcie Beneteau ma dwie duże dziury z poszarpanym laminatem. Laminat na oko nie ma nawet centymetra grubości i wygląda jak gruba dykta oblana żywicą… Brak słów na jakość i wytrzymałość obecnych jachtów czarterowych. Dla porównania nasza Krysia ma w tym miejscu 2,5 centymetra grubości… Poruszymy temat jakości obecnych jachtów czarterowych jeszcze w oddzielnym poście, gdzie wrzucimy trochę więcej zdjęć.

Lokalne jedzenie to ryba i kokos. Reszta jest z importu

Timei najpierw podrzucił nas do sklepu, a potem wyrzucił w London. To co rzuciło nam się od razu w oczy w sklepie, to praktycznie brak warzyw i potwornie drogie owoce. Z tych pierwszych dostępna była cebula, ziemniaki i czosnek. J

eśli chodzi o owoce to można było kupić jabłka i pomarańcze. Cena za JEDNĄ SZTUKĘ to 2,5 i 3 dolary australijskie (waluta na Kiribati). Podobno jest to tańsza opcja, ponieważ owoce przypłynęły statkiem. Jeśli przylatują samolotem, to cena jest dwa razy taka. Późniejszy obchód po okolicy pokazał, że chyba niewielu mieszkańców stać na takie luksusy.

Timei wyjaśnił nam, że jedyne pożywienie jakie daje wyspa to ryby i kokosy. Cała reszta pochodzi z importu. My chodząc po lokalnych sklepikach nie widzieliśmy w ogóle żadnych serów, wędlin. Jedynie jedzenie z puszek. Ogólnie lodówki stały tylko w co większych sklepach. A jeśli już były, to chłodziły się w nich słodkie napoje gazowane, woda, piwa i właśnie importowane jabłka i pomarańcze.

Życie na Kiritimati

To, co uderza na pierwszym miejscu kiedy idzie się główną ulicą Kiritimati, to wszechobecna bieda. Widać, że ludzie żyją tu bardzo skromnie. Ich główne zajęcie to łowienie ryb, produkcja kopry, czasem jakiś biznes, np. sklep, zakład naprawczy lub pensjonat. Ludzie w większości mieszkają w prowizorycznych chatkach, skleconych ze sklejki lub tylko z blachy falistej. Wyglądają one trochę jak domy w slumsach w RPA czy Brazylii.

Pomieszczenie kuchenne to zazwyczaj zadaszone palenisko, przy którym stoją ogromne garnki. Przy niektórych domach pod palmami kokosowymi w cieniu odpoczywają świnki (jedną nóżkę mają przywiązaną sznurkiem do drzewa, żeby nie uciekły, zajadają się kokosami). Gdzieniegdzie biegają kury. Kraby, karaluchy i pluskwy są niczym zwierzęta domowe. Żeby jednak utrudnić im wejście do środka, chaty stoją zwykle na niewielkich palach.

Oczywiście zdarzają się i wyjątki. Niektóre domy są z betonu i wyglądają na bardzo zadbane, jak w przypadku naszego Timei.

Idąc wzdłuż głównej ulicy London, naszą uwagę przykuwają duże, zadaszone hale, bez żadnych ścian. Siedzi tam dużo osób. Z oddali wygląda to jak jakiś targ. Jak się jednak okazuje to mwaneaba – miejsce wspólne dla wszystkich, do odpoczywania, biesiadowania, rozrywek. Takie hale są budowane również przy kościołach dla osób, które w ogóle nie mają dachu nad głową. Mogą się tam schronić.

Skąd na Kiribati biorą prąd i wodę?

Idąc drogą z portu do London w połowie trasy napotykamy na całkiem spory brzęczący budynek. Mieszczą się w nim generatory prądotwórcze diesla. Oprócz tego na ogrodzonym terenie stoi całkiem sporo ogniw fotowoltanicznych o łącznej mocy 150 KW. Wszystko to wygląda na w miarę świeże i okazuje się, że spośród różnych darczyńców projekt współfinansowany był też przez… Unię Europejską.

No dobra. A skąd woda? Wyspa Bożego Narodzenia leży co prawda w strefie równikowej, ale jest tu niezmiernie sucho. Tak jak na atolach Tuamotu każda rynna z większego dachu kończy swój bieg w ogromnym zbiorniku na deszczówkę. Jest to w miarę oczywiste.

Nas jednak zaskoczyło drugie źródło wody. Otóż jadąc wzdłuż drogi co parę kilometrów widać samotny wiatrak, a obok kilka solarów. Konstrukcje te zastanawiały nas, ponieważ stoją zwykle samotnie na pustym polu. Okazuje się, że wiatrak mechanicznie napędza pompę, która nieustannie wyciąga wodę gruntową i wtłacza ją do ogólnodostępnych wodociągów. Timei mówił nam, że woda ta jest prawie tak dobra jak deszczówka. Dla mnie jest to nowość, bo nie wiedziałem, że na maleńkim atolu oblanym słoną wodą może pod ziemią występować woda słodka. Trzeba było na Kiribati się przepłynąć, żeby się o tym dowiedzieć 😉

Dużo kościołów i szkół

Drugą uderzającą rzeczą jest ilość kościołów i zdemolowanych szkół. Na Kiritimati dzieci chodzą do szkoły podstawowej, a potem liceum (ang. “high school”). Szkoły są albo darmowe państwowe albo prywatne, płatne, należące do kościołów.

Te pierwsze w znacznej części są zbudowane i wyposażone dzięki pomocy z innych państw, głównie Japonii, Australii i Nowej Zelandii. Szkoły katolickie są ciut bardziej zadbane i podobno mają wyższy poziom nauczania. Żeby zdobyć wyższe wykształcenie trzeba już wyjechać zagranicę – albo na Hawaje albo na Fidżi. Na szczęście, młody człowiek żądny wiedzy jeśli tylko zda egzaminy, to dostaje od państwa stypendium na pokrycie kosztów dalszej edukacji i utrzymanie się w danym miejscu.

Serdeczne “Mauri”

Mimo biedy, miejscowi są bardzo przyjaźni i uśmiechnięci. Cały czas wszyscy nam machali i pozdrawiali w lokalnym języku, mówiąc “Mauri”, co znaczy “dzień dobry”. Zwłaszcza dla małych dzieciaków byliśmy sporą atrakcją. Cały czas krążyły wokół nas, robiąc różne wygłupy i próbując zwrócić na siebie uwagę. Istne dziecięce oblężenie przeżyliśmy na plaży. Grupka ponad dwudziestu dzieci skakała wokół nas i była chętna do interakcji.

“Selfie, selfie!”

Angielski jest nauczany w szkole i dość powszechnie używany na Kiribati, więc mieliśmy podstawy do pogawędzenia. Dzieciaki pytały nas, jak mamy na imię, ile mamy lat i skąd jesteśmy. Często też próbowały zwrócić naszą uwagę, krzycząc za nami “selfie!”. Bardzo chętnie przy tym pozowały do zdjęć. Dla nas wyglądało to tak, jakby już trochę wyczuwały zachodnich turystów. Z jednej strony to przykre, że dzieciaki już zdążyły nauczyć się, że przyjezdny człowiek chce z nimi zrobić sobie zdjęcie. Z drugiej jednak, radość jaką miały z takiego pokrzykiwania za nami i pozowania do zdjęć była ogromna.

 

Komórkowa transmisja danych

Bieda biedą, ale postęp cywilizacyjny idzie naprzód. Podczas spacerowania po London, trafiliśmy na lokalnego operatora komórkowego. Radek z Darkiem kupili za 20$ po 2 GB transmisji danych. W ciągu dnia działało to strasznie opornie (bądźmy szczerzy – prawie nie działało), jednak w nocy transmisja ruszyła do prędkości 3G. Ciekawe, ile procent mieszkańców z tego korzysta. Ponoć w stolicy na Tarawie działa już LTE. Sprawdzimy to za rok. Dla mnie jest to trochę jak żart, że ludzie nie mający w większości toalet, mogą zalogować się na Facebooka.

Dwa tysiące turystów rocznie

Na Kiritimati jest międzynarodowe lotnisko. Raz w tygodniu można tu przylecieć z Fidżi albo Hawajów. Rocznie wyspę odwiedza 2000 turystów, z czego zdecydowana większość to wędkarze. Okazuje się, że Wyspa Bożego Narodzenia to miejsce, które jak magnez przyciąga tych najbardziej wymagających z całego świata! Grudzień to dla nich początek sezonu . Oprócz wędkarzy, trafiają się też czasami nurkowie i surferzy. Według sympatycznych panów z Punktu Informacyjnego Kiritimati, na wyspie są dwa dobre miejsca do surfowania.

Wędkarze, Bonito i Brad Pitt

W pensjonacie poznaliśmy australijsko-japońską parę totalnie zakręconą na punkcie wędkarstwa. Od lat podróżują po całym świecie, polując na rzadkie okazy. Na Kiritimati całe dnie spędzali na motorówce z lokalnym przewodnikiem. Podobno taki przewodnik jest swoistym mistrzem ceremonii. Gołym okiem widzi dokładnie, gdzie jest ryba i jaki to gatunek. Niesamowite.

Po wyjęciu rybka jest zważona obfotografowana i puszczana wolno z powrotem. Na zdjęciach mieli naprawdę imponujące sztuki. Niektóre niewiele mniejsze niż filigranowa Japonka. To oni wyjaśnili nam, że najwięcej wędkarzy przyjeżdża tu dla ryby bonito (jej zdjęcie było nawet na jedne z widokówek z Kiritimati!) i że dla tej niezwykłej rybki czasem zagląda tu nawet sam Brad Pitt.

Na własne oczy

Pierwszy dzień poznawania Kiritimati upłynął nam na szwendaniu się po London. Padliśmy spać zmęczeni od nadmiaru słońca i wrażeń. Następnego dnia jechaliśmy do głównego celu naszej wizyty na Kiritimati – wioski Poland.

Czytaliśmy, że Kiribati to jedno z najbiedniejszych państw na świecie. Timei wielokrotnie w rozmowie podkreślał, że życie na wyspie jest ciężkie. Faktycznie, na własne oczy przekonaliśmy się, że mieszkanie na równikowym atolu nie jest łatwe. I może dlatego właśnie, ludzie w takich miejscach są tak niesamowicie serdeczni i pomocni.

[wiadomość z pokładu SV Crystal wysłana via komunikator satelitarny Iridium GO!. Więcej zdjęć dodamy po dotarciu do normalnego internetu]

Dołącz do naszej załogi!

Śledź nas na Facebook!

Zostań naszym Patronem na Patronite.pl