Kąpiele w wielkim błękicie

– A jeśli będzie flauta… i będzie spokojnie…. to w trakcie przelotu popływamy w Oceanie?!? – oczy Marty błyszczały dziecięcą radością i ogromną nadzieją jednocześnie. Zadała nam to pytanie już pierwszego dnia oceanicznego przelotu do San Francisco i nie dała się zbyć szybkim „Zobaczymy”. Pytanie powtórzyła jeszcze kilka razy.

Oceaniczne góry w głębi

Kiedy wypłynie się na otwarty Ocean bardzo szybko głębokości spadają do kilku tysięcy metrów. Dopiero niedawno, dzięki zaawansowanym technologiom, udało się dotrzeć do dna oceanicznego i zrobić jego skany. Na tej podstawie już wiemy, że często dno pokrywają wzniesienia górskie.

Kiedy żeglujemy przez ten wielki błękit, patrząc na izobaty na ploterze, widać to dokładnie. W jednym miejscu dno jest na głębokości ok. 4-5 tysięcy, a kilka kilometrów dalej nagle „wypłyca się” do 2 tysięcy.

Wielki błękit

Otwarty Ocean o kolorze błękitu często porównywany jest do pustyni. Na tych ogromnych głębokościach jest niewiele życia w porównaniu do raf koralowych, nabrzeża czy zielonych wód oceanicznych (chłodniejszych, a przez to bogatszych w plankton i w związku z tym życie). Żeglując rzadko mijamy stado delfinów, a złapanie ryby wcale nie jest taką oczywistością. Czasem potrzeba na to kilku dni.

Taki błękitny bezkres rozbudza wyobraźnię. Kolor hipnotyzuje. Tajemna głębia pociąga i fascynuje. Nie powinno więc dziwić, że kiedy jest przyjemnie ciepło, Pan Ocean spokojny, to w głowie pojawia się myśl, żeby choć na chwilę zanurzyć się w tym wielkim błękicie. Czasem zdarzają się takie osóbki, jak Marta, które tak kochają wodę, że o takim skoku myślą już, kiedy tylko wejdą na jacht 😉

Skok na głęboką wodę

W środę Ocean uspokoił się, fale wypłaszczyły a wiatr przysiadł. Michał zdecydował, że jeśli wskakiwać do wody, to właśnie dziś. Około południa stanęliśmy w dryfie. Na rufie zamontowaliśmy drabinkę i dla bezpieczeństwa wyrzuciliśmy koło ratunkowe, przyczepione do jachtu pływającą liną.

Wszyscy, bez wyjątku, w oka mgnieniu przebraliśmy się w stroje kąpielowe i po chwili byliśmy już w wodzie. Po kilku, dosyć ciepłych, dniach żeglugi taka kąpiel była rozpustą i przyjemną odmianą w codziennej, wachtowej rutynie.

Pod nami było ok. 5 tysięcy metrów błękitnej wody. Spojrzenie w dół, w ten wielki błękit było jednocześnie ekscytujące, jak i lekko paraliżujące. Nigdy nie wiadomo, co się kryje w takiej nicości. Niemniej jednak, każdy z kąpieli cieszył się jak dziecko, pluskające się w fontannie w upalny dzień. Przy czym ta nasza fontanna była całkiem wielka i głęboka ;).

Po około dwudziestu minutach, orzeźwieni wróciliśmy na jacht. Może siedzielibyśmy i dłużej, ale nadciągnęła ogromna ulewa. Płukanie się w takiej słodkiej wodzie, prosto z chmur, dodało całemu doświadczeniu wyjątkowości i jeszcze więcej radości.

Tuńczyk na deser

Po kilku godzinach od kąpieli, ku ekscytacji załogi, nasza jachtowa wędka zagrzechotała. Modlitwy o świeżą rybkę zostały wysłuchane i Pan Ocean w końcu podarował nam dorodnego tuńczyka. Kiedy Michał wyciągał na rufę i obrabiał dwunastokilogramową rybę, męska część załogi podglądała go z zafascynowaniem 😉

Kiedy świeżutkie filety z tuńczyka dotarły do kambuza, od razu przejął je Kuba. W mgnieniu oka, sprawną ręką jeden kawałek zamienił w smakowicie wyglądające plasterki sashimi, polane sosem sojowym i w towarzystwie wasabi. Ekipa zajadała się nimi, że aż uszy się trzęsły. A na kolację na stół wjechał poke, czyli surowy tuńczyk w przyprawach.

To był naprawdę ciekawy i ekscytujący dzionek.

Gdzie dokładnie na Pacyfiku teraz jesteśmy możesz sprawdzić na naszym trackerze – skiff.pl/pozycja.

A jeśli marzy Ci się morska przygoda z nami, to zapraszamy serdecznie na rejsy na Morzu Corteza (Meksyk) już na początku 2023 r. Więcej info przeczytasz na skiff.pl/rejsy.

Spodobał Ci się ten tekst? Dmuchnij więc wiatr w żagle Krysi:

lub